Cel: Leczenie onkologiczne lekiem „ABRAXANE”.

Panią Henrykę można wspierać wpłatami na indywidualny numer rachunku 80 1050 1575 1000 0090 8082 3249.

Bardzo prosimy również o oddawanie 1 % na Panią Henrykę. Rozliczając się wystarczy w deklaracji podać numer KRS 0000550874 z dopiskiem HENRYKA GAŁDA.

Dziękujemy!

Witajcie!

Mam na imię Henia. Mam 56 lat. Z zawodu jestem plastyczką, ukończyłam szkło i ceramikę
na wrocławskim ASP. Mam męża, Tadeusza oraz syna, Bazylego. Choć pochodzę z Żagania, swoje życie związałam z ukochanym Wrocławiem.

Większą część swojego życia poświęciłam sztuce, a konkretnie witrażowi. Przez lata projektowałam
i wykonywałam witraże zarówno małe (uwielbiam tworzyć anioły), jak i te duże (głównie do kościołów w całej Polsce). Jestem osobą wierzącą, co ma odzwierciedlenie w mojej twórczości. Można powiedzieć, że szkło jest moją życiową pasją, którą niejednokrotnie dzieliłam się także z innymi osobami na różnego rodzaju warsztatach.

Najważniejszy jednak będzie dla mnie zawsze drugi człowiek. Po latach pracy w pracowni witrażu postanowiłam zmienić coś w swoim życiu (choć wcale nie zrezygnowałam z witrażu) i kiedy nadarzyła się taka okazja, rozpoczęłam pracę w Fundacji im. Stanisława Jabłonki. I była to jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Wiedziałam, że praca z osobami niepełnosprawnymi nie będzie łatwym zadaniem, ale chyba nigdy wcześniej nie czułam się tak spełniona.

I tak w zasadzie płynęło moje życie, jak u każdego chyba naznaczone wzlotami i upadkami. Było jednak spokojnie, byłam spełniona i można powiedzieć… szczęśliwa.

A wtedy właśnie coś postanowiło przerwać ten względny spokój.

Zaczęło się tak, że pewnego dnia poczułam ból brzucha. Niby nic niezwykłego, bo każdego boli przecież brzuch. Ból, choć nie był silny, nie ustępował przez dwa dni. Dnia trzeciego znacząco się nasilił i teraz już rozciągał się od żeber do pasa, od pępka do kręgosłupa. Dosłownie cały brzuch przeszywał raz
za razem tysiąc igieł. Wiedziałam, że coś jest mocno nie tak, nigdy nie czułam się tak źle. Czym prędzej USG… Nie wyszło za dobrze. Jednak dopiero tomograf ujawnił całą prawdę o tym, co się właściwie stało wewnątrz mnie. Tym czymś okazał się guz pnia trzustki, w dodatku naciekający na śledzionę i ważne naczynie krwionośne…

Pamiętam, jak zadzwoniłam do swojego syna. W zasadzie nie wiedziałam, co mam mu powiedzieć. Planował ślub… Miałam nawet myśl, żeby w ogóle mu o tym nie mówić. Mąż szybko jednak wyprowadził mnie z takiego sposobu myślenia. Wiedział, że jako rodzina musimy to udźwignąć.

 

Zostałam skierowana do Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego we Wrocławiu na wizytę u pani onkolog. Od początku nikt nie ukrywał, że jest ciężko i czeka mnie wyjątkowo trudna walka. Trzustka jak i większość nowotworów daje objawy dopiero w późnym stadium rozwoju. Jednocześnie też nikt nie odebrał mnie i mojej rodzinie nadziei.

Wyznaczony został termin operacji. Lekarze zadecydowali, że podejmą się jego usunięcia wraz
z większą częścią trzustki. Niestety operacja się nie powiodła, a wręcz przy próbie jego usunięcia doszło do znacznego krwotoku… Który na całe szczęście został opanowany. To coś jednak dalej we mnie było.

Po operacji dochodziłam do siebie przez trzy tygodnie. Była ze mną moja siostra, mąż, syn i przyszła synowa. Nadszedł termin konsultacji, na której miałam dowiedzieć się, z czym dokładnie walczę
i co będzie dalej. Moim przeciwnikiem okazał się gruczolakorak, oczywiście złośliwy. Teraz już nieoperacyjny.

Otrzymałam pierwszy termin chemioterapii. Na początek sześć cykli co drugi tydzień. Potem tomograf i zobaczymy, co będzie dalej.

To był w zasadzie spokojny czas. Chemię przyjmowałam zaskakująco dobrze, choć miewałam też
i te trudne momenty. W międzyczasie, z powodu szalejącego w WSS koronawirusa, zostałam przeniesiona do Wojskowego Szpitala Klinicznego na ul. Weigla. Po sześciu cyklach przyszedł czas na tomograf. Niestety, ale guz jeszcze bardziej „rozlał” się po okolicznych tkankach, pojawiła się meta
do wątroby.

Decyzja? Następne trzy cykle. Jak się później okazało, także nieskuteczne. Ale ja chcę żyć, chcę jak nigdy dotąd. Mija już pół roku, od kiedy rozpoczęłam tę nierówną walkę. I nie powiedziałam jeszcze dość. Ani ja, ani moi bliscy.

Co robić, zapytacie? Nową nadzieją okazał się lek o nazwie „Abraxane”. I tutaj przechodzimy do sedna…

Jest to lek bardzo drogi, a co najgorsze w tym momencie nierefundowany… Jedna jego fiolka kosztuje dokładnie tysiąc złotych. A takich fiolek potrzebuję dwóch w ciągu jednego dnia chemioterapii. Takich dni mam trzy w miesiącu (trzy wtorki z rzędu, następnie dwa tygodnie przerwy). Jak łatwo policzyć daje to około sześciu tysięcy złotych miesięcznie. Tyle właśnie kosztuje moje życie.

Zdaję sobie sprawę, że na świecie są ludzie, dla których taki wydatek każdego miesiąca nie stanowi większego problemu. Niestety ani ja, ani moi bliscy i znajomi do takich ludzi nie należymy… I choć każdy z nich wspiera mnie jak tylko może, nadszedł ten moment, kiedy muszę zwrócić się do Was, czytelników tego tekstu, tej historii…

Zwracam się więc do każdego człowieka o wielkim sercu… Do każdego z Was. Proszę o choćby symboliczną wpłatę na konto Fundacji. Jesteście moją szansą na dalsze życie, moją nadzieją.

Przewiń do góry